9 maja 2010

W Krainie Wilka drugie podejście

To już mój drugi wyścig na bieszczadzkich trasach w gminie Lutowiska. Jadąc na miejsce rozglądam się po polach za śniegiem. Na razie nic nie zapowiada, że zawody się odbędą. Śniegu jak na lekarstwo. Do Rzeszowa jeszcze kilka kilometrów, więc spokojnie wsłuchuję się w miarową pracę silnika. Radek śpi. Przeważnie jeździ ze mną, jako pomocnik, ale teraz będzie mówić do sitka. W jednym i drugim jest profesjonalistą.  Jazda jest spokojna, więc wracam myślami do zeszłorocznego wyścigu. Mimo niesprzyjających prognoz pogody, organizator zawodów, Mariusz Krupa nie zdecydował się na przeniesienie lub odwołanie imprezy. Już dojeżdżając do Lutowisk wiedziałem, że nie będzie łatwo. Śnieg, który jeszcze dwa tygodnie temu leżał na szlakach, zmienił się w lód, a na drogach pojawiły się koleiny po samochodach pracowników leśnych. Dlatego organizatorzy podjęli odważną decyzję, aby trasę wyścigu poprowadzić szlakiem na Otryt, koło Chaty Socjologa. Znałem ten szlak. W lecie będąc na wędrówce z córką po Bieszczadach szliśmy tamtędy.  Było to duże przeżycie. Ale teraz mieliśmy tą trasę pokonać na saniach, psim zaprzęgiem. To był mój pierwszy start na sześciu Eurodogach. Do tej pory jeździłem zaprzęgiem Alaskan Malamutów, lub mieszanym, zdecydowanie wolniejszym od psów, na których ścigam się dzisiaj. Jednocześnie miał to być sprawdzian przed wyjazdem na mistrzostwa Europy w midach rozgrywane w Norwegii. No cóż. Nie byłem nowicjuszem, w końcu ścigam się od dziesięciu lat, co jak na warunki polskie jest niezłym wynikiem. Na pewno sobie poradzę. Jak się okazało trasa była ekstremalna i choć udało mi się ją przejechać bez większych przygód to jednak postanowiłem nie startować drugiego dnia? Spowodowane to było obawą o psy, które za tydzień miały jechać na zawody do Skandynawii. Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co ja. Połamane sanie, zbiegły zaprzęg i kilka groźnych upadków to bilans pierwszego dnia. Część zawodników się wycofała, ale tym, którzy ukończyli zawody serdecznie gratuluję. A jak będzie jutro?

Na przemyśleniach czas szybko mija. Dojeżdżamy. Mimo że jedziemy po czarnym, to w koło na polach bieleje śnieg. Może nie jest go za dużo, ale jak nie przyjdzie deszcz to będzie dobrze. Wchodzimy z Radkiem do szkoły gdzie mamy kwaterę. Same znajome twarze. Przede wszystkim stali uczestnicy imprezy bieszczadzkiej, ale jest nas mało. Tzw. midowców w Polsce nie jest dużo. To forma sportu zaprzęgowego wymagająca od mushera ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeń. Jednocześnie wspomnienie zeszłorocznej imprezy odstraszyło zawodników ze Słowacji. Ten fakt i drugie miejsce w klasie sześciu psów na ośmiodniowych zawodach VETAMIX TOUR, organizowanych wspólnie z Czechami w styczniu, spowodowały, że zaczęto postrzegać mnie, jako faworyta tej imprezy. Szczerze mówiąc też uważałem, że inne miejsce niż pierwsze będzie niepowodzeniem. Ale wiadomo, to tylko sport, wiele zmiennych musi zagrać by osiągnąć sukces. Witamy się ze wszystkimi krótka dyskusja o trasie i spać. Przecież jutro wyścig

Ze względu na trudne warunki śniegowe etap nocny, który zawsze w Lutowiskach był wielką atrakcją został odwołany. Mogliśmy się, więc skupić na etapie dziennym, mającym ponad 50 km. Zbliża się godzina starów. W koło zawodników coraz więcej kibiców, mieszkańców Lutowisk, przyjezdnych z Rzeszowa i turystów z całej Polski. W końcu to przecież piękny region turystyczny, a luty to okres ferii zimowych w szkołach.

Najgorsze jest to czekanie, ostatnie pół godziny, ostatnie dziesięć minut. Pięć…, cztery…, trzy…, dwa…, jeden…, START. Nareszcie! Sześć euro dogów wypręża swoje ciała i sanie pędzą z prędkością 25km/h. Pierwsze kilometry to ustalenie tempa i rozpoznawanie trasy. Na łąkach trzeba szukać śniegu, ale gdy wyjeżdżamy na stokówkę jest OK. Startowałem pod koniec stawki, więc teraz dochodzę wolniejszych zawodników. Wszyscy skupieni, ale wymieniamy kilka uwag o śniegu i trasie. Pierwsze 20 km udowadnia nam, że W KRAINIE WILKA to nie łatwy wyścig. Zaczynam zauważać pierwszy kryzys u psów. Trochę zwalniam. Chyba wychodzą te 250 km w Karkonoszach przejechane na początku stycznia. Mijam punkty kontrolne. Psy wpadają w swój rytm.  Jest dobrze. Następny punkt kontrolny jest nawrotką, mam za sobą połowę dystansu. Teraz już z górki. Na metę wpadam, jako pierwszy, więc plan został wykonany. Najbliższe kilka godzin spędzam na zajmowaniu się psami i sprzętem. Zawsze jest, co robić. Trzeba napoić, nakarmić psy, oczyścić sanie, aby jutro odpowiednio tylko nasmarować ślizgi. W międzyczasie na metę dojeżdżają następni zawodnicy. Wszyscy, tak jak i ja zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi. Po psach i sprzęcie czas na odpoczynek i ciepłą kolację przygotowaną przez organizatorów.

Następny dzień rozpoczyna się informacją o warunkach na trasie. Niestety trzeba skrócić etap. W końcowym odcinku brakuje śniegu. Potwierdzenie tych zmian otrzymujemy już na trasie. I znowu w góry. Trasa szeroka, widoczność dobra, przewaga z pierwszego dnia spora, więc można trochę rozejrzeć się po okolicy. Raptem psy się ożywiły. Mocniej uchwyciłem sanie. Zza drzew wyskakuje wielki jeleń, za nim następny i następny. Jest ich chyba kilkanaście. To nie są sarny, do których jestem przyzwyczajony trenując w podwarszawskich lasach, to Jelenie. Nic sobie ze mnie nie robią. Czekam aż ostatni zniknie za zakrętem i ruszam dalej. Wspaniałe przeżycie. Do mety już niedaleko. Dzisiaj udało mi się także pojechać najszybciej, chociaż już wiem, że po tych zawodach muszę dać psom odpocząć. Nie są tak świeże jak w styczniu. Dzisiaj wszyscy próbują wcześniej obrobić się z psami. Trzeba zdążyć przed wieczorem mushera. To, przy trudnościach wyścigu jest zawsze wielką atrakcją. Lutowiska są znane ze wspaniałych imprez. Tym razem też się nie zawiedliśmy. Dla niektórych zabawa do rana i wspomnienia na zawsze. Można sobie trochę pofolgować gdyż etap finałowy jest krótszy.

Rano nie chce się wstać. Ale tak jak po wyścigu tak przed nim trzeba wykonać mnóstwo niezbędnych czynności związanych z psami. Atmosfera wspaniała. Pogoda sprzyja spacerowiczom, więc coraz więcej kibiców. Ruszamy. Po kilku kilometrach zaskoczenie. Z monotonnej stokówki zjeżdżamy do lasu, na szlaki bieszczadzkie, piękne i malownicze. Dzięki temu czas mija szybko. Wszyscy zawodnicy na trasie zadowoleni. Mają w nogach ponad 100 km, a jednak są wstanie się uśmiechnąć.

Kończymy zawody. Tak jak liczyłem zostałem zwycięzcą i z tego się cieszę. Może styl nie był najlepszy, ale do następnej imprezy, którą będą mistrzostwa Polski jeszcze trochę czasu.

Na zakończenie chciałbym podziękować organizatorom i sponsorom za wspaniałą imprezę. Może nie obeszło się bez drobnych błędów, ale nie myli się tylko ten, co nic nie robi. Za rok będzie jeszcze lepiej. I na pewno się o tym przekonam, bo znowu tu przyjadę.

Z maszerskim pozdrowieniem Maciek Tomaszewski z Piaseczna.

Czytaj więcej z Historia

Komentarze zostały zamkniete.