9 maja 2010

Podwójne Mistrzostwo

Andrzej Wilczopolski był mistrzem którego zawsze podglądałem i zazdrościłem mu, wspaniałej jazdy na Grenlandach. Ja jeździłem wtedy zaprzęgiem złożonym z Alaskan Malamutów;  to była przepaść.

. Mistrzostwo przychodzi samo, jeśli w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób zaczniesz do niego dążyć. Kochasz psy, masz je we własnym kenelu, biegasz z nimi, więc na pewno wiesz jak to robić. Tylko czy na pewno wiesz ???.  Sam też kiedyś nie wiedziałem i pomimo 16 lat ścigania sie psim zaprzęgiem, też nie wiem za wiele, ale tym  co wiem chetnie się podzielę.

To co teraz napiszę, piszę na prośbę Maćka Tomaszwskiego obecnego  dyr. d/s midu, z którym wielokrotnie spotykaliśmy się na trasach wyścigów.

Prosił mnie abym napisał w jaki sposób udało mi sie zdobyć dwa tytuły mistrza Europy /za  jednym podejściem / zarówno w sprincie jak i w średnim dystansie na tych samych psach i na zawodach które następowały w tydzień po tygodniu.Tak jak już niejednokrotnie pisałem, nie mam tejemnic jeśli chodzi o trenowanie psów, ale to nie znaczy, że każdego z osobna będę szkolił, pomijając fakt, że nie mam do tego żadnych uprawnień.

Zacząć należy od tego, że pochodząc i żyjąc w małej mieścinie Annopol nad wisłą, która prawa miejskie utraciła po wojnie, całe swoje życie miałem do czynienia z psami. Przeważnie przebywały u nas wilczury /wszystkim znane owaczarki alzackie/ i często żartowano, że to chyba dlatego, że takie nosimy nazwisko. Różnie się zwierzęta na wsi traktuje, ale w naszym domu podejście moich rodziców do zwierząt, a było ich wiele, jak to w gospodarstwie, było takie, że nauczyło mnie zarówno miłości jak i odpowiedzialności  do zwierząt. Ulubionymi moimi zwierzętami były oczywiście psy /zawsze był jeden, dwa lub trzy/, z którymi bardzo długo spędzałem czasu, włucząc  się po lasach i polach na samotnych wędrówkach.Często w zimie wychodziłem wieczorem z nimi na pola i błąkałem się bez celu, tylko po to aby wysmagał mnie wiatr i mróz. One były wolne, goniąc niejednokrotnie za zającami, których nigdy nie złapały, a ja  wyobrażałem sobie, że jestem traperem na dalekiej  północy.

Piszę  to dlatego,  aby czytelnik poznał genezę mojej przygody z psami, aby zrozumial, że chęć posiadania i ścigania się psim zaprzęgiem   nie wynikała z chęci samorealizowania się w tej dziedzinie  oraz zdobywanie tytułów, tylko było to i jest nadal moją największą pasją.

Dlatego posiadając malamuty a potem grenlandy, poświęcałem im każdą wolną chwilę, niejedonkrotnie kosztem rodziny, starając  się jednak uważać, aby zachowana była pewna harmonia w tym względzie. Wszyscy ci , którzy będą to czytać, doskonale zdają sobie sprawę z tego ile czasu należy poświęcić, aby odpowiednio przygotować zaprzęg, do poruszania się nim tak aby reagował na większość wydawanych komend, a jak już reaguje, to aby nabrał odpowiedniej kondycji.

A teraz, jak to było z tymi dwoma tytułami. Lubiąc trudne wyzwania /dlatego między innymi grenlandy u mnie/, w 2003 roku w lecie  zacząłem się zastanawiać,że oto w Polsce będą ME organizacji WSA,  zarówno w sprincie jak i średnim dystansie i ciekawe czy nie dało by się tak przygotować psów, aby i na jednych i na drugich wystartować  i powalczyć o punktowane miejsce, bo jesli chodziłoby o samo tyllko wystartowanie, to żadnego nie byłoby w tym problemu. Wcześniej zdobyty jednak tytuł MŚ i ME tej organizacji, do czegoś zobowiązywał. Pierwszym oponentem w tym względzie była moja rodzina. Pytania po co ci to i niby co chcesz udowodnić tym startem, wielokrotnie były punktem wyjścia do dyskusji. MOim jedynym argumentem było  to, że lubię trudne wyzwania, a tego jeszcze nikt nie robił. Argumenty drugiej strony były też nie podważalne, ponieważ uzmysławiano mi , że stawiam na szali wcześniej uzyskany tytuł, na zawodach, które są po raz pierwszy w Polsce, ponieważ były obawy, że psy przygotowane do średniego  dystansu, stracą szybkość na sprincie, a przecież to nie są istoty, którym się wytłumaczy, że oto dzisiaj chłopaki biegniemy króciótko, a więc idziemy na pełnym gazie. Dowiedzieć się, jak to zrobić, też nie było od  kogo, bo nikt w ten sposób nie eksperymentował. Pomimo  wszystkiego za i przeciw, chociaż tego przeciw, było więcej, zdecydowałem, że  będę tak trenował /chociaż nie miałem bladego pojęcia jak/,  aby wystartowac i na jednych i na drugich zawodach. Pomyślałem sobie, że będę bazował na tym co przez te lata udało mi sie zauważyć u moich psów, a reszta to poprostu na zasadzie obserwacji i zdrowego rozsądku, a potem zobaczymy. Popatrzyłem w kalendarz zawodów i pomimo, że lubiłem na zawody jeżdzić, to uznałem,że w tym wypadku nie ma sensu, ponieważ będzie mi to burzyć cykl treningowy. Byłem tylko na jednych w listopadzie, tylko ze względu na psy aby przypomniały sobie atmosferę zawodów, startując na ciężkim wózku.

Zdobyłem rozpiskę treningów przygotowujących psy do średniego dystansu, bo jak trenowac do sprintu, to już wiedziałem i z początkiem września rozpocząłem uruchamianie psów po letniej przerwie, w którym to uruchomieniu nie stosowałem żadnych zmian, tylko tradycyjnie rano, kiedy jest ziemia chłodna, krótkie przebieżki po trzy gronki do lekkiego wózka, na dystansie 3 km, w cyklu 2×1 /dwa treningi-dzień przerwy/ i takich treningów 5-6, to zależy od psów. Zawsze wyznawałem zasadę, którą wszystkim polecam, aby bacznie obserwować psy i nie dopuszczać do tego by na treningu się męczyły. Może się to zdarzyć kilka razy, ale nie może to byc standardem, bo się je zniechęci i potem czy to trening czy zawody, będą traktowały jak ciężką pracę, a wówczas zapomnijmy o dobrym wyniku. Po tej rozbieżce, zapinałem już całą szóstkę do lekkiego wózka i  wydłuzałem trasę do około 5-6 km, by po kilku takich treningach dać im przerwę trzy, cztero dniową. Przeważnie na zakończenie tego pierwszego etapu treningowego, jechałem gdzieś na małe zawody na kółkach, aby psy przypomniały sobie atmosfere zawodów. Następnbie następował okres treningów siłowych i wytrzymałościowych. Dobry do tego byłby kład, ale ja   z braku pieniędzy, zrobiłem sobie wózek, który ważyłl około 100 kg, doliczając moje 90, dawało to lekko ponad 30 kg. na psa a jak czasmi na niego coś jeszcze wrzeuciłem, to zdarzało sie i więcej . Siłowy trening zaczynałem od dystansu 5-6 km, starając się zachować spokojne tempo, lub dając psom wolny wybór /biegły jak chciały/, oczywiście jeśłi chodzi o tempo i nie poganiając ich wogóle. Zaznaczyć wypadałoby w tym miejscu, że czasami ,  te okrutne wrzaski wydawane przez maszerów nic nie dają i radzę nie stosować tej metody szkolenia i trenowania, bo jakj przyjdzie do sytuacji krytycznej, to psy wogóle nie zareagują. Gdyby moje i Maćka psy były do tego przyzwyczajone, to  z ME  Zubercu na pewno kilka z nich by nie wróciło. Było nas wówczas dwóch i mieliśmy 12 splątanych psów /6 malamutów i 6 grenlandów/.Tylko odpowiednie prowadzenie psów i pełna nad nimi kontrola  daje wyniki i uchrania przed tragedią, bo stanąć na sanie, to każdy potrafi, tylko co potem ?.

Wracając do treningów, to siłowe treningi robiłem gdzieś do  końca listopada, oczywiście zwiękaszając dystans w miarę jak spadała twmperatura, a psom zwiększała sie kondycja, dochodząc na koniec listopa do 35-40 kilometrów na ciężkim wózku. Na początku grudnia dałem im kilka dni oddechu i jak nie było śniegu, to na lekkim wózku zacząłem przymierzać się do szybkości i  to co zobaczyłem, to mi ręce opadły. Mając na uwadze to, że będąc MŚ w swojej klasie głupio byłoby przegrać na ME, tym bardziej, że mieli przyjechać /jak się póżniej okazało, nie przyjechali/ zawodnicy, którzy ostrzyli sobie na mnie zęby. Dlatego to co wcześniej napisałem, że odradzam, tego typu eksperymenty, ponieważ jest to dla samego maszera dość stersujące i dołujące, że oto zapieprzał przez całą jesień, a teraz ma psy,które mają muły jak Pudzian, ale wolne są jak  ciuchcia.

Nie wiedziałem co robić. Jedynym plusem w tym wystkim było to,że nie musiałem się przejmować i nigdy zresztą tego nie robiłem, zawodami w kraju. Obrałem sobie za główny cel włąśnie te jedne zawody i tam chciałem zaistnieć. Rad zasięgnąć nie było u kogo, bo nikt nie eksperymentował w ten sposób, a i przyznac należy sobie, że nie była to wówaczas doba internetu w obecnym wydaniu i przpływ informacji następował w całkiem odmienny sposób. Pomyślałem sobie tylko jak zwykły chłop,  ze skoro mają siłę potrzebną im na średni dystans, to muszę im tylko teraz wysrobić szybkość. Przecież siły przez to nie stracą. Tym bardzie komfortową sytuacją było to, że na ME miał najpierw być sprint, a po tygodniu mid,  więc idealnie, bo w inną stronę byłoby to niemożliwe.

Teraz napisze coś, co nie jednego wprawi w osłupienie, ale rzeczywiście tak było. Pojechałem na jakies zawody w styczniu /sprint/. Startuję, gdzie z reguły ciężko moje psy było utrzymać, a tu spokój i tempo oczywiście midowe. Pamiętyam jak wielką ciekawostką dnia było wygranie Jolki ze mną. KOmentarze były różne, a my z Jolą przy piwie, po swojemu to skomentowaliśmy, tzn. ciągle mówiła Jola i nie wierzyła własnym oczom i uszom jak jej powiedziałem o swoich planach.
Wróciłem do domu i zacząłem trenigi w połowie stycznia na dystansie 2,5-3 km. Pokażcie mi  teraz prosze maszera, który jest w stanie odpuścić sobie wszystko, nie kombinować i w tym miesiącu w taki sposób trenować. poprostu pomyślałem sobie, żę cos za coś i albo mi się uda by wróciła szybkość i motywacja do moich psów, albo poprostu wszystko spieprzyłem. Ciężki przyznam sie był to okres i dla mnie, wysłychując teksty , anie mówłam/łem, ale wszystko   trzeba przeżyć. Po około dwóch tygodniach zauważyłem pierwsze oznaki większego zainteresowania treningami, tzn. pierwsze objawy powracania dawnego wigoru, a i na treningach zaczynało być coraz szybciej. Mówię sobie, dobrze jest , tylko jeszcze trochę cierpliwości. Chciałem jechać na jakies zawody, ale mówię nie, bo moge wszystko zepsuć i dalej sam ze swoim zaprzęgiem rzeżbiliśmy po swojemu, tzn. trzy treningi na dystnasie5-6 km /początek lutego/ i cztery dni przerwy. Jak widziałem, że ich zaczyna roznosić, to wtedy  trzy treningi i do kenelu. Praca i cierpliwość zaczęły dawac efekty i w połowie lutego fruwałem na saniach za swoim zaprzęgiem jak dawniej. Pod koniec lutego pojechałem na pierwsze zimowe zawody do Czech, bo u nas akurat nie było a chciałem aby te moje “dziki” zobaczyły inne psy i innych ludzi odemnie.
To co pokazały, to była poezja, Kibiców miały co nie miara, bo wyglądały imponująco a czasy uzuskiwały takie, że Czesi przychodzili i pytali, “jak to możni, aby te groniaki takoj miali czas/. Pamiętam jak kiedyś przyjechał do mnie Radek Ekwiński i jak je zobaczył, to  powiedział, że takich sprężyn to on jeszcze nie widział, przez futro /a miały dosyć obfite/, jak biegały po kenelu, to widać było, że pod skórą nie ma grama tłuszczu, tylko same mięśnie.
Byłem spokojny o nie i pewny, że jeśli chodzi o sprint, to zrobiłem co do mnie należało, a na midzie wyjdzie jak wyjdzie. No i było jak było.
Jakuszyckie trasy nie stanowiły przeszkody dla moich gronków, a wytyrenowana siła przydała się na podjazdach. Szybkość wróciła na czas a psy potwierdziły, że to MŚ z przed roku, to nie przypadek. Po zawodach sprinterskich, przez cztery dni odpoczywały, by w piątek wystartować na 40 km. Był to mój pierwszy start na takim dystansie i moich psów, dlatego z założenia pojechałem tak jak one chciały. Oczywiście od startu gnały jak szalone bo myśały, że to sprint, ale po kilkunastu kilometrach zorientowały się, że to cos nie tak. Pamiętam, że stanąłem wtedy przez chwilę, by wyrównały oddech, pojadły śniegu i pojechaliśmy dalej i tak jechałem przez cały dystans, stająć co pięć kilometrów na chwilę, by odsapnęły aby się mi nie zagotowały. W taki sposób pokonały ten dystans, nie dość że beż problemu, to jeszcze uzyskały super czas. Następne dni były podobne, chociaż w niedzielę, trasa była skrócona, ponieważ słońce roztopiło pewien odcinek trasy, ale jak to mówią, wszyscy mieli jednakowo.
W taki to sposób moje gronki zdobyły podwóje mistrzostwo i potwierdzły, że są wyjątkowe. Natomiast ja udowodniłem, że z tymi psami można wiele, warunkiem tylko podstawowym jest to, aby podchodzić do nich w sposó normalny pamiętając i nie odstępując od tego do czego te psy zostały stworzone. To nie one powinny zaspakajać czsami nie do końca przemyślane marzenia i zachcianki, tylko my powinniśmy im umożliwiać to do czego matka natura ich przeznaczyła.

Pozdrawiam !!
PS. Proszę nie traktować tego, jako rozpiski treningowej.Podzieliłem się częściowo moimi doświadczeniem na konkretny temat. W taki sam sposób ja zbierałem
wiadomości od inych maszerów /o ile chcieli cos powiedzieć/ i potem po pewnej analizie stosowałem cos w swoich treningach, bądż nie. Jeśłi cokolwiek przyda wam
komuś w trenigach własnych psów, to mogę życzyć tylko powodzenia.
Na koniec powiem tylko tyle, że nie ma uniwersalnych psów, a z gronkami zrobiłem to tylko raz i uznałem, że jest to bez sensu, że najlepiej się określić albo mid
albo sprint i w tym kierunku prowadzić swoje psiaki.

Czytaj więcej z Historia

Komentarze zostały zamkniete.